Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/desinit.ta-ludzki.skoczow.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
yfikować mordercę.

nie w moim sanktuarium. Tutaj ogarnia mnie spokój. Wreszcie.

yfikować mordercę.

ogniem, powietrze z trudem przeciskało się przez ściśnięte płuca, gdy gnał do pokoju 21.
przez głowę, wsuwa dłonie w rękawy.
Kątem oka dostrzegła ruch w ciemności. Rzuciła się na nią postać, ciemna, niewyraźna.
Fortuny Esperanzo i Sherry Petrocelli.
zdania, że umarł. Albo że przestał zabijać, choć tego akurat nie twierdzili policjanci. Nikt w
sobie rękę uciąć, że ktoś tu był, obserwował... Czekał, jakby wiedział, że przyjedzie na
W tej chwili z cienia wyłonił się mężczyzna z pistoletem wycelowanym w kobietę.
kolejnym codziennym rytuale – wieczornej rundzie ćwiczeń. Kraulem do końca, nawrót,
przykuł ją kajdankami do łóżka i nie pozwalał wyjść. Kiedy wytrzeźwiał, przepraszał, ale ona
Czasami mam tyle lat, co teraz, czasami jestem małą dziewczynką. Ostatnim razem śnił mi się Charles. - Twój starszy brat? - Tak. - On nie żyje, prawda? - Zmarszczył brwi. - Tak. Śni mi się dzień, w którym zmarł. To ja go znalazłam. - Łyknęła trochę kawy i starała się zapanować nad głosem i emocjami. - Taki straszny wypadek! - Przeszedł ją dreszcz. Opowiedziała Adamowi wszystko, co pamiętała. O tym, jak zgubiła się, biegając po lesie z Griffinem i Kelly, o tym, jak znalazła umierającego Charlesa i jak wyrwała tę okropną strzałę z jego piersi. - Chyba nie należało jej ruszać. Byłam tylko dzieckiem i nie miałam pojęcia, czym to grozi, ale Griffin, mój przyjaciel, który przybiegł za mną, powiedział, żebym jej nie wyciągała. Nie posłuchałam go. Myślałam, że uratuję Charlesowi życie. - Głos jej się załamał, wzięła więc głęboki wdech. To było dawno. Dawno temu. Musi wreszcie sobie z tym poradzić. - W każdym razie - powiedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę - mój brat umarł. Lekarz zapewniał matkę i mnie, że Charles i tak by nie przeżył, ale myślę... to znaczy zastanawiam się... - Westchnęła i potrząsnęła głową. - Myślę, że doktor Fellers mógł tak powiedzieć, żeby mnie chronić. - Dlaczego miałby to robić? - Bo miałam wtedy tylko dziewięć lat i... i zawsze czułam się za wszystko odpowiedzialna... ale może to część klątwy Montgomerych. Adam robił notatki. Spojrzał znad okularów. - Klątwy? Zarumieniła się. Nie miała zamiaru o tym wspominać. - To pewnie tylko... takie gadanie. Przesądy. Ale słyszałam o niej od zawsze. Lucille - pokojówka mojej mamy i nasza niania - przysięga, że to prawda. Ale Lucille wierzy w duchy. - A ty nie? Caitlyn wzruszyła ramionami. - Nie wierzę i każdemu, kto o to zapyta, przysięgnę, że nie, ale... czasami... sama nie wiem. To tak samo jak z Bogiem. - Oparła się o miękką skórę kanapy i przymknęła oczy. - Tak nie powinno być. To znaczy, chcę wierzyć w Boga, ale nie jestem pewna, czy naprawdę wierzę. Niekoniecznie chcę wierzyć, że wokół nas spacerują sobie duchy, które nie zdecydowały się jeszcze stąd odejść, ale czasami myślę... to znaczy czuję, że nie jestem sama. - Wydaje ci się, że czujesz czyjąś obecność? - Tak - wyszeptała, kiwając głową. - Tak mi się właśnie wydaje. - Zaśmiała się krótko. - Wiesz, dla mnie samej to brzmi niedorzecznie. Duża część mojej rodziny sądzi, że tracę kontakt z rzeczywistością, porównują mnie do mojej babki... - Urwała, gdy przed oczami stanął jej obraz babci, tak jak ją widziała ostatni raz - woskowa twarz i niewidzące oczy. Dostała gęsiej skórki i wciągnęła mocno powietrze. Adam przyjrzał się jej badawczo. - Dobrze się czujesz? - Tak... nie... to znaczy myślę, że nie byłoby mnie tutaj, gdybym się dobrze czuła. - Spojrzała mu prosto w oczy i dodała: - Jesteś moim terapeutą. - Więc wróćmy do klątwy Montgomerych.
– Nie. Nie zamykaj innych dróg.
– Cholera – mruknął, włączając wycieraczki.
– Ktoś do mnie dzwonił z tego numeru.
detektywem Jonasem Hayesem z LAPD. Powiedz mu, co tu się stało, i że nie dojadę do Point

- No to po kolacji - mruknął wyraźnie nieszczęśliwy Duży


- Przepraszam za najście - odchrząknął. - Ale ja... Czy pani Milla
299
i przedpokój zalało łagodne światło. Z zewnątrz dochodził odgłos
gdzie miałby wreszcie spokój z odgarnianiem śniegu. Ale matka nie
an43
krzyczeć, chciała płakać, chciała wybiec i szukać go teraz, w tej
człowieka tu, w El Paso, który załatwiał akty urodzenia dla dzieci, by
Nie przyprawiła kurczaka aż tak szczodrze jak True, ale i tak jej
położnik musiał reagować szybko i zdecydowanie. Ale najczęściej
- Już wystarczy, że zatrudniłeś tego półgłówka. Łazi za dziewczynkami jak... - Słuchaj, Dena. Jestem szanowanym obywatelem, jednym z najbogatszych ludzi w Prosperity i spoczywa na mnie pewna odpowiedzialność. Dlatego czasem robię rzeczy, które z ekonomicznego punktu widzenia mogą uchodzić za akty miłosierdzia. Liczy się też kościół. Ojcu Jakubowi się wydaje... Och, i tak nie zrozumiesz. Chodzi o to, że nikt inny nie zatrudni Williego, a jest dobrym pracownikiem. Nigdy nie miałem z nim najmniejszego problemu. - Zacisnął zęby. Rex był dumny ze swojej dobroczynności. I nie miał zamiaru tłumaczyć, dlaczego zatrudnił Williego. Dena zrozumiała to już dawno, gdy Rex przygarnął tego półgłówka. Dostała wtedy szału, ale jej mąż był niewzruszony. Od tamtej pory, zawsze gdy ginęły narzędzia albo części zapasowe, nakłaniała Rexa, żeby zwolnił chłopaka, ale bez skutku. Rex nie miał zamiaru zmienić zdania. Zaciągnęła się papierosem. Nie spodobało jej się to, co zobaczyła w lustrze. Wyrzuciła viceroya do srebrnej popielniczki przy umywalce. Powinna rzucić palenie, bo od mrużenia oczu przed dymem zrobiły jej się kurze łapki. - Oboje wiemy, z czego słynie Brig McKenzie. Pije, chociaż jest niepełnoletni, i wdaje się w bójki. Bóg jeden wie, ile razy wyrzucili go z roboty. Idzie do łóżka z każdą kobietą, która mu się nawinie. - Nie wiesz, czy to prawda. To tylko małomiasteczkowe plotki. - Nie ma dymu bez ognia, Rex. Nie zapominaj, z jakiej rodziny pochodzi. Z rynsztoku. - Sunny McKenzie... - Jest brudną Indianką, a jej mąż, czy tam były mąż, był pijakiem z charakterkiem. - Odwróciła się od umywalki i spojrzała na męża. - Im więcej robisz dla tej rodziny, tym więcej się gada o tobie i tej... - Załamał jej się głos i zadrżała. - To też tylko plotki. - Ale ja to słyszę bez przerwy. Kiedy gram w brydża w klubie, siedzę u fryzjera, a nawet po mszy. Mówię ci, Rex, musisz przestać nadskakiwać Sunny i jej synom. - Innym rodzinom też pomagam. Kiedy mężowie nie mają pracy albo kiedy małe dzieci chorują... - ...albo się topią. Spojrzał na nią surowo. - To było dawno temu. Sunny potrzebowała pomocy. Mąż od niej odszedł. - Wiem, ale ludzie swoje gadają. - Wstrętne plotki dręczyły ją zawsze. - Wystarczy, że co tydzień chodzisz na grób Lucretii, ale... - Jej do tego nie mieszaj - powiedział tonem, którym zwracał się do niej tylko wtedy, gdy był naprawdę zły. Było w nim lekceważenie, zarezerwowane wyłącznie dla niej. Dobrze, da mu spokój z Lucretią, ale w sprawie Briga będzie nieugięta. - Posłuchaj, Rex. Oboje wiemy, że jedyną zaletą Briga McKenziego jest jego wygląd. Do tego jest cholernie sprytny. Wie, jak manipulować ludźmi, żeby dostać to, czego chce. Zobacz, jak okręcił sobie ciebie wokół palca. - Nie okręcił mnie - mruknął Rex, wchodząc do sypialni. Spojrzała na niego jak na idiotę. - Ten chłopak dobrze wie, co robi. Zapamiętaj moje słowa: będą z tego kłopoty, o jakich ci się nie śniło. - Wsunęła na nogi różowe pantofle i poszła za nim. Siedział na rowerze do ćwiczeń i pedałował jak szalony. Pot ciekł mu z czoła. Drzwiczki do szafki, w której stał telewizor, były otwarte. Za chwilę miał się zacząć ulubiony film Reksa, Aniołki Charliego. - Nie chcę, żeby Cassidy się koło niego kręciła. Chyba coraz bardziej jej się podoba. - Cassidy? Przecież to jeszcze dziecko! - A przyjrzałeś się jej dobrze, Rex? - Dena poczuła się dotknięta. Cassidy zawsze będzie dla Reksa tylko drugą córką, która nie dorównuje Angie. Nigdy wprawdzie tego nie powiedział, ale widać to było przy wielu okazjach. Denę to irytowało i raniło. - Nie interesuje się chłopakami. - Chłopakami nie. Tylko Brigiem. Łazi za nim jak cień. - Przez konia. To nie ma nic wspólnego z McKenziem. Rex, kiedy ty przejrzysz! Ona ma szesnaście lat i... Pamiętam, kiedy ja byłam w jej wieku. - Nie możesz jej zabronić chodzenia do stajni. Dena westchnęła. - Nie, ale mogę mieć ją na oku i dopilnować, żeby trzymała się z daleka od tego mieszańca. Angie nie mogę niczego zakazać, bo to twoja córka. Ale na twoim miejscu, zabroniłabym jej kręcić się przy nim. - Przecież tego nie robi. Dena potrząsnęła głową. - Rex, nigdy nie sądziłam, że jesteś idiotą, ale chyba myliłam się. - Usiadła na ogromnym łożu i poprawiła poduszki.
powiedziała, że zarobili pieniądze.
uwierzyć. By pozwolić sobie na uwierzenie.
zabytkowy młyn, należący do Buchananów. Bobby roześmiał się, ukazując równe białe zęby. - Jesteś maniakiem, ale zgoda. O co? - Dwadzieścia dolców. - Pięćdziesiąt. Jed nie stracił zapału. - Dobra. - Ale muszę mieć dowód. - Jaki? - Jej zdjęcie nago. - Ej, przestań... - Albo niech mi sama opowie. - Bobby wyszczerzył się złośliwie, a Jed nabrał przekonania, że jego najlepszy przyjaciel też pragnie Angie. Spoglądając na biegi, rzucił okiem na rozporek Bobby’ego. Jasne, podniecenie uciskało go w dżinsy. Cholera. Minęli tablicę witającą turystów w mieście. - A może zmienimy nieco zakład? - Bobby spojrzał tak, że zmiękczyłby serce niejednej pensjonarki. - Kto ją weźmie pierwszy, ten wygrywa? Jed nacisnął hamulec. Samochodem szarpnęło. Corvetta z piskiem opon zjechała na żwirowe pobocze drogi okręgowej. Ciężarówka, która jechała tuż za nimi, zatrąbiła ogłuszająco, zjeżdżając na prawy pas. Kierowca był czerwony z wściekłości i klął przez szybę, ale Jed prawie go nie słyszał. W jego głowie dudniły słowa Bobby’ego. - Nie wchodź mi w drogę - warknął Jed i tak zacisnął zęby, że poczuł ból. Był wściekły. Nozdrza mu drgały. - Ona jest moja. - Złapał Bobby’ego za koszulkę. Zgniótł miękką bawełnę w mięsistych dłoniach. - Zrozumiałeś? Nikt inny jej nie dotknie. Nikt! Ja nie chcę jej tylko zaliczyć. Ona zostanie moją żoną. Bobby roześmiał się z trudem. - O, kurczę, facet, ty masz fioła. Jed mocno nim potrząsnął, ale Bobby się nie przestraszył. Wprawdzie Jed był wyższy i ważył o piętnaście kilogramów więcej, ale Bobby był sprawniejszy, bo od lat uprawiał sport. Był gwiazdą drużyny futbolowej i najlepszym w okręgu zapaśnikiem w swojej kategorii. Wygrał nawet zawody zapaśnicze w stanie Waszyngton. Gdyby doszło do bójki, Bobby z pewnością wygrałby, ale Jed absolutnie się tym nie przejmował. Gotów był dać z siebie wszystko. - Jest moja - powtórzył Jed. - Tylko jeszcze o tym nie wie. - A kiedy masz zamiar ją o tym poinformować? Zanim pozbawisz ją dziewictwa, czy potem? - W ciemnych oczach Bobby’ego widać było wesołość, ale wcale nie było mu do śmiechu. Jed był śmiertelnie poważny. Przez ostatnie dwa miesiące zastanawiał się, czego chce od Angeli Marie Buchanan. Odpowiedź brzmiała: wszystkiego. Kochał ją. - Niedługo. Powiem jej niedługo. Jed puścił koszulę Bobby’ego. Jego wściekłość rozpłynęła się w nieznośnym żarze, który lał się z nieba. Bobby prychnął. - A przyszło ci do głowy, że ona może ci się roześmiać w twarz? Że może dać ci kosza? Słyszałem, że wybiera się na jakiś znany uniwersytet. Jak się nazywała ta szkoła w Love Story... Radcliffe, czy jakoś tak? A może ma inne plany? Jed uśmiechnął się chytrze. - Więc będzie musiała je zmienić. - Jed ma na ciebie chętkę - wycedziła Felicity, gdy Angie wjeżdżała do garażu sportowym datsunem. - To chyba nie nowina? Odgarniając ciężkie, proste rude włosy z karku, Felicity potrząsnęła głową i spojrzała na przyjaciółkę. - Jest tak napalony, że nie może wytrzymać. Angie to nie obchodziło. Jed Baker to idiota. Wielki, przerośnięty samiec. Wysiadły z klimatyzowanego srebrnego samochodu i Angie poczuła, że późnopopołudniowe powietrze parzy ją w skórę. Boże, co za upał. Bluzka przykleiła jej się do ciała, włosy przy skórze były mokre i nie obchodził jej żaden Jed Baker. Smarkacz. Dziewiętnastolatek. Jej rówieśnik. - Wydaje mi się, że jest w tobie zakochany. - Felicity zatrzasnęła drzwiczki datsuna i obrzuciła wzrokiem parking przy garażu. Szukała ciężarówki Derricka, ale gdy nie dostrzegła czarnego samochodu, kąciki ust lekko jej opadły. Wyglądała na załamaną. Angie aż za dobrze znała to uczucie. Wpadała w rozpacz za każdym razem, gdy patrzyła w lustro. Ale nie chciała o tym myśleć. Nie teraz.
- Odrobinkę - uśmiechnęła się do niego, bo wiedziała, że nie

©2019 desinit.ta-ludzki.skoczow.pl - Split Template by One Page Love